Potknięcia raczej dopingowały...

  • 05.11.2015
  • Wizje
  • Krzysztof Bochnacki

W PRL 10 lat spędził jako grafik w Państwowym Instytucie Wydawniczym, po transformacji 15 lat prowadził autorską pracownię projektową. Ilustrator. Doradca. Obecnie freelancer i jednoosobowa orkiestra projektu Orli Dom.

Gra w klasy, rys. Andrzej-Ludwik Włoszczyński
Gra w klasy

Krzysztof Bochnacki: Nie ma komputerów, nie ma internetu, można skorzystać z (ograniczonych) zasobów biblioteki czy materiałów posiadanych przez bliższych i dalszych znajomych. Wybierając dla siebie ścieżkę zawodową, trzeba bazować na tym co nas otacza, a w tamtej rzeczywistości informacyjnej, otacza Cię… raczej niewiele. Co sprawia, że młody Andrzej-Ludwik postanawia zostać projektantem? jaki zbieg okoliczności przyczynił się do tego wyboru?

Andrzej-Ludwik Włoszczyński: To raczej pobożne życzenie z dzisiejszej perspektywy młodych niż fakt, jeśli chodzi o to marne otoczenie. Otaczali mnie żywi ludzie, czyli potężne zasoby informacji i doświadczenia. Dostęp do zasobów bibliotecznych był szeroki i wykorzystywany na maksa, tak jak i materiały i informacje znajomych, ich doświadczenie. Obecna wielość dostępnej informacji jest owszem bez porównania większa, ale korzystamy z niej bardzo wyrywkowo i tymczasowo, krótka pamięć. Po informacje sięgamy z musu a nie potrzeby własnej.
Wybierając dla siebie ścieżkę strzelałem w ciemno, jak większość rówieśników, co można świadomie wybierać w perspektywie całego życia mając 14 lat? Był to więc wybór, bo tak mi się widziało, lubiłem takie rzeczy, i nie miało to nic wspólnego z powszechnym teraz wybieraniem ścieżki na zasadzie „bo tam się dobrze zarabia”. Zbiegiem okoliczności było odkrcie, po złożeniu papierów do technikum leśnictwa, że jest coś takiego jak Liceum Pllastyczne. No i w efekcie dostałem się do dwu szkół, trzeba było wybrać, stanęło na plastyku.

Hamlet, rys. Andrzej-Ludwik Włoszczyński
Hamlet

KB: Gdybyś miał opisać jak wyglądał proces rekrutacyjny do pierwszej pracy. Czego od Ciebie wymagano, jak sprawdzono Twoje kwalifikacje, jakie były Twoje obowiązki, czy udało się zaprojektować coś, co utwierdziło Cię w słuszności wyboru zawodu i pomogło w dalszej karierze?

ALW: Mówiąc szczerze nigdy nie przechodziłem żadnej rekrutacji, taki fart. Pierwsza praca była wynikiem stypendium, a kolejne wpadały na zasadzie „jest etat, interesuje Cię?”. Pierwsze lata bardziej interesowało mnie utwierdzanie się w samodzielnym zarabianiu i szukaniu samego siebie, była to zatem jazda po różnych etatach: od dekoratora w handlu, liternika, malarza konstrukcji stalowych, plastyka zakładowego, projektanta ciuchów, po kreślarza w biurze projektów. To był także okres moich początków z rysunkiem satyrycznym i kontaktów z gazetami…
Mój pierwszy znak, z roku 1974, to był raczej incydent, do którego nie przykładałem większej wagi, poza oczywiście zbieraniem doświadczeń, i niespecjalnie starałem się go kontynuować, choć kilka innych znaków później powstało. Wtedy to jeszcze nie była ta droga. Zajmowało mnie wtedy wiele innych spraw. Powiedziałbym, że wtedy kręcił mnie przede wszystkim rysunek satyryczny, czego dowodem niech będzie udział w ponad stu wystawach, w tym pierwszej, pięcioosobowej wystawie w Legnicy, od której zaczął się coroczny Satyrykon Legnicki. Były jakby dwa tory działania, jeden etatowy dla zarobku, drugi własne działania, bo nie tylko był rysunek, ale i pierwsze teksty prasowe, min. dla gazety zakładowej Elwro czy Gazety Robotniczej (Wrocław).

Zachęta, rys. Andrzej-Ludwik Włoszczyński
Zachęta

KB: Ówczesne realia. Warsztat pracy, narzędzia, metody, zespołowe 'procedury' projektowe? Miejsce w hierarchii, możliwość zaistnienia?

ALW: Warsztat był dość prosty - liniały, krzywiki, tusze, farby, grafiony, pędzle, stałowki, redisówki, stół kreślarski 1x2 m, kalki. Normalnie, choć może nie tak do końca, bo jednak wymagający sporego opanowania jego manualnej strony. Metoda pracy oczywiście ręczna, całkowicie, czasem wspomagana nożyczkami, foto, klejem. Tak się dobrze układało, że nie pracowałem nad projektami w żadnych zespołach, byłem, musiałem być całkowicie samowystarczalny, więc procedury były proste - szef (nie plastyk) zlecał i przyjmował. Amen. Do zespołu wszedłem dopiero w 79 r. już w Warszawie, w Państwowym Instytucie Wydawniczym, jako kreślarz a zaraz potem młodszy grafik, skończyłem po 10 latach jako starszy grafik. W międzyczasie zaliczając też funkcję doradcy artystycznego w Przeglądzie Technicznym.

Radar, rys. Andrzej-Ludwik Włoszczyński
Radar

KB: Pierwszy zawodowy sukces? Pierwsza zawodowa porażka?

ALW: Pierwszy zawodowy sukces był nietypowy - zrealizowany (uszyty) projekt męskiego, długiego płaszcza skórzanego, dostał nawet jakąś nagrodę gdzieśtam. W związku z tym obiecano mi, że będę mógł go kupić, po kosztach. Niestety, przeszło koło nosa, sprzedali komu innemu, ważniejszemu.
Co do porażki, to przyznam chyba takiej nie było, a może ja jej nie traktowałem w kategoriach porażki zawodowej. Jakoś tak zawsze wychodziło, że potknięcia raczej dopingowały niż dołowały. Było kilka odmów projektowania, które okazały się potem wysoce intratnymi, ale to raczej nie porażka a błędna ocena sytuacji, a może i nie.

pierwszy znak - ZRE odtw / Andrzej-Ludwik Włoszczyński
Pierwszy znak - ZRE

KB: Pierwszy indywidualny klient? Jak do tego doszło?

ALW: Mój pierwszy indywidualny klient zamówił portret olejny, ze zdjęcia, na urodziny swojej siostry. Chyba wyszło dobrze, bo nikt się nie obraził i ponoć nadal wisi na ścianie. Z kolei pierwsze indywidualne zlecenie z obszaru znaków było na monogram do haftu, trochę się z tym przyznam kokosiłem i męczyłem, nawet sam ręcznie wyhaftowałem, dla sprawdzenia poprawności. Po latach i przeprowadzkach gdzieś się te hafty i projekty zawieruszyły. W ogóle z tymi najstarszymi projektami, rysunkami mam problem, większość z nich po prostu nie zarchiwizowałem, a część uległa zniszczeniu w piwnicy, szczury.

Andrzej-Ludwik Włoszczyński

Andrzej-Ludwik Włoszczyński

Projektant, ponad 40 pracy, min. w okresie PRL 10 lat spędziłem jako grafik w Państwowym Instytucie Wydawniczym, po transformacji 15 lat prowadziłem autorską pracownię projektową, 3 lata wykładowca identyfikacji wizualnej w Warszawskiej Szkole Reklamy. Ilustrator. Doradca. Obecnie freelancer i jednoosobowa orkiestra projektu Orli Dom.

Strony internetowe: www.alw.pl, www.orlidom.pl, e-alw.com.

 

Część II o działaniach niekoniecznie komercyjnych

Część III o orle i Orlim Domu

Część IV o potrzebie posiadania logo

Krzysztof Bochnacki

Krzysztof Bochnacki

Czasem coś napisze, czasem kogoś o coś zapyta.

Współpraca

Piszesz? Fotografujesz? Malujesz? Rysujesz?
Może projektujesz to i owo?

Daj się zauważyć!

Wystawa, wykład? Happening, konkurs?
Targi branżowe lub konferencja?

Dzieje się i nikt o tym nie wie?
Napisz do nas.