No to CMYK

Cza­sami naszą dru­kar­nię odwie­dzają wycieczki szkolne.
Spo­tka­nie z dzie­cia­kami zaczy­nam prze­waż­nie od zada­nia im pyta­nia: ile farb musi użyć dru­karz, aby wydru­ko­wać kolo­rowy obra­zek. W odpo­wie­dzi naj­czę­ściej padają liczby pomię­dzy dwa­dzie­ścia cztery a sto. Kiedy tłu­ma­czę, iż potrzebne są prze­waż­nie tylko cztery farby, dzieci pytają dla­czego magenta nie nazywa się pink, a do ozna­cze­nia blacka używa się literki K a nie literki B.

CMYK
Ilustracja Bronisław Józefiok

Wystar­czy wygo­oglo­wać słowo CMYK, aby w jed­nej chwili zarówno na te jak i na wszel­kie inne pro­blemy zwią­zane z teo­rią kolo­rów uży­wa­nych w poli­gra­fii otrzy­mać setki wyczer­pu­ją­cych odpo­wie­dzi.  A mimo to, nie tylko nasza lato­rośl lecz także wielu doro­słych, a raczej domo­ro­słych gra­fi­ków ma pro­blemy z pra­wi­dło­wym poru­sza­niem się w kolo­ry­stycz­nej prze­strzeni swo­ich prac. Wnio­skuję to z codzien­nej lek­tury dzie­siąt­ków rapor­tów PIT­Stopa, któ­rym spraw­dzam otrzy­my­wane do druku pliki.

Daw­niej, to były czasy…

Jesz­cze parę lat temu stan­dar­dem było dostar­cza­nie do druku klisz z roz­bar­wio­nymi pra­cami, więc sprawa była nie­jako „posprzą­tana” zanim tra­fiła do dru­karni. Obec­nie posia­da­nie sys­temu CTP przez pra­wie każdą liczącą się dru­kar­nię, sku­tecz­nie wyeli­mi­no­wało z rynku zewnętrzne naświe­tlar­nie usłu­gowe, a genialny wyna­la­zek pdf-a kom­po­zy­to­wego upo­rząd­ko­wał obszar pli­ków wynikowych.

Jeżeli do tego dodamy fakt ogól­nej dostęp­no­ści i sto­sun­kowo niskiej ceny pro­gra­mów kom­pu­te­ro­wych (czę­sto pirac­kich bądź uda­ją­cych pro­fe­sjo­nalne pro­gramy DTP), rysuje się nam jasno powód, dla któ­rego jesz­cze długo nie brak­nie pracy na sta­no­wi­skach kon­tro­lingu, a firmy two­rzące pro­gramy do pre­fli­gh­tingu mogą spać spokojnie.

Dziś bowiem, gra­fi­kiem czy tez DTP-owcem można zostać zaraz po skoń­cze­niu u kolegi kursu obsługi pakietu Office i zaku­pie w mar­ke­cie lap­topa komu­nij­nego na „36 dogod­nych rat z zero­wym oprocentowaniem”.

Stary, dobry Word…

Czas więc naj­wyż­szy na pierw­szą świętą zasadę.

Pro­gram Word, a także jego wer­sja open source to świetne narzę­dzia do pracy biu­ro­wej. Dosko­nale nadają się także do pisa­nia utwo­rów lite­rac­kich i bły­sko­tli­wych tek­stów dzien­ni­kar­skich (nie sądzi­cie prze­cież, że ten tekst powstaje w Indyku). Nato­miast nie są to pro­gramy DTP i nie należy ich uży­wać do przy­go­to­wa­nia prac do druku.

Pomi­ja­jąc całe zagad­nie­nie zasad pol­skiej typo­gra­fii, pro­gramy te nie zarzą­dzają w spo­sób wła­ściwy kolo­rem, a wyge­ne­ro­wa­nie z nich pod pełną kon­trolą CMYK-owego pdf-a, z tek­stami w blacku gra­ni­czy z czarną magią.

Kiedy zado­wo­lony z sie­bie klient, podaje mi pendrive z publi­ka­cją mozol­nie poskła­daną w Wor­dzie i stwier­dza, że praca jest „pra­wie gotowa”, to patrząc mu głę­boko w oczy, naprędce przy­wo­łuję sobie w myślach wszyst­kie covey­ow­skie zasady twór­czej współ­pracy z dru­gim człowiekiem.

Gra­fik nie saper – myli się częściej…

Przy­go­to­wu­jąc pracę do druku można sto­so­wać różne metody postę­po­wa­nia. Jedni naj­pierw łamią tekst i iko­no­gra­fię w pro­gra­mie DTP, dru­kują strony do korekty, a dopiero w dru­giej kolej­no­ści obra­biają na czy­sto w pro­gra­mach gra­ficz­nych jedy­nie te ele­menty, które fak­tycz­nie z publi­ka­cją są zlin­ko­wane. Dru­dzy przy­go­to­wują sobie dokład­nie gra­fikę, obra­biają wszyst­kie zdję­cia i kon­wer­tują na CMYK-a, dopiero potem łamią strony publikacji.

Obie metody mają swoje wady i zalety, ale żadna z nich nie ustrzeże nas od moż­li­wo­ści pozo­sta­wie­nia któ­re­goś z ele­men­tów w RGB, bądź w nie­chcia­nych kolo­rach pan­to­no­wych (uwaga na loga sponsorów).

Ist­nieje też trze­cia „uni­wer­salna” metoda: przy gene­ro­wa­niu pdf-a pro­duk­cyj­nego można zazna­czyć opcję auto­ma­tycz­nej kon­wer­sji wszyst­kiego na CMYK-a. Metoda sku­teczna acz bez­u­ży­teczna. Auto­ma­tyczna kon­wer­sja pozba­wia bowiem gra­fika pano­wa­nia nad kolo­rem, a jak mówi jedna z zasad ISO: pro­ces nie­za­rzą­dzany jest pro­ce­sem nie­kon­tro­lo­wa­nym i jako taki pro­wa­dzi na manowce.

„Kasa Misiu, kasa…”

Co więc robić? Trzeba nie­stety zasto­so­wać drugą świętą zasadę, którą kie­ruję tym razem do osób odpo­wie­dzial­nych za zabez­pie­cze­nie opro­gra­mo­wa­nia dla dzia­łów gra­ficz­nych. Wspa­niale, jeśli prze­ko­nani moim tek­stem wyskro­bie­cie w budże­cie odpo­wied­nią kasę na zakup w miej­sce Worda, praw­dzi­wego pro­gramu DTP.

Waszemu gra­fi­kowi potrzebny jest jed­nak jesz­cze pro­gram posia­da­jący opcję pre­fli­gh­tingu. Naj­lep­szy na rynku (ale nie­stety naj­droż­szy) jest nie­wąt­pli­wie Pit­Stop. Ale na począ­tek wystar­czy sam Acro­bat Pro i jego narzę­dzie „Inspek­cja wstępna”. Dar­mowy Acro­bat Reader nadaje się wyłącz­nie do oglą­da­nia pdf-ów, a nie do spraw­dza­nia ich popraw­no­ści.

Prze­pis na budyń

W więk­szo­ści zna­nych mi regu­la­mi­nów przyj­mo­wa­nia prac do druku znaj­duje się punkt o podob­nej tre­ści: „Ele­menty gra­ficzne nie powinny zawie­rać dołą­czo­nych pro­fili ICC”. Mimo to, w obsza­rze nie­zgod­no­ści kolo­ry­stycz­nych, jest to naj­czę­ściej wykry­wany błąd. Myślę, że powstaje głów­nie w trak­cie gene­ro­wa­nia pdf-a pro­duk­cyj­nego, kiedy nie­do­świad­czony bądź roz­tar­gniony gra­fik pozo­sta­wia deaful­towo „zaptasz­ko­waną” opcję dołą­cza­nia pro­filu kolo­ry­stycz­nego, co jest nie­jako rów­no­znaczne z poda­niem naświe­tlarni prze­pisu na roz­bar­wie­nie jego prac. Jeśli jest to czyn­ność nie­świa­doma i nie­kon­tro­lo­wana, skutki będą podobne do zamiesz­cze­nia na paczce z budy­niem prze­pisu na kisiel.

Trze­cia święta zasada brzmi więc następująco:

Usuń wszyst­kie pro­file ICC, a jeśli koniecz­nie chcesz je dołą­czyć do pracy, uzgod­nij to z dru­kar­nią, w któ­rej drukujesz.

W więk­szo­ści dru­karni euro­pej­skich sto­suje się jedy­nie Euro­scale FOGRA27 w wer­sji coated i unco­ated. W Stanach Zjednoczonych jest inaczej, ale czy oni tam za oceanem wiedzą jak smakuje prawdzizend_mm_heap corrupted wy, czekoladowy budyń…

Z chochlikowym pozdrowieniem
Andrzej Gołąb

 

Od redakcji
Materiał pierwotnie opublikowany na stronie chochlikdrukarski.com.pl, udostępniony Graffusowi dzięki uprzejmości autora.

Andrzej Gołąb

Andrzej Gołąb

20 lat w poligrafii, w obszarze
prepressu i zarządzania.
Od 16 lat zatrudniony w Centrum Usług Drukarskich Henryk Miler (CUD) – www.cuddruk.pl.
Stanowisko: Pełnomocnik ds. Systemów Zarządzania Jakością.

Prowadzi projekt pn „Chochlik drukarski - pogotowie poligraficzne". Bezinteresowna inicjatywa edukacyjna, której głównym celem jest dzielenie się przez internet wiedzą i doświadczeniem z zakresu szeroko pojętej poligrafii, typografii, grafiki,  designu i edytorstwa. "Chochlik drukarski" jest ideą opartą na prostej mądrości mówiącej, iż dzielenie się tym, co się posiada skutkuje jeszcze obfitszym otrzymywaniem.

Strona internetowa:
www.chochlikdrukarski.com.pl

Współpraca

Piszesz? Fotografujesz? Malujesz? Rysujesz?
Może projektujesz to i owo?

Daj się zauważyć!

Wystawa, wykład? Happening, konkurs?
Targi branżowe lub konferencja?

Dzieje się i nikt o tym nie wie?
Napisz do nas.