Ostatnia deska ratunku

Kiedy plik produkcyjny przedostaje się przez bramę preflightingu niczym wielbłąd przez ucho igielne, teoretycznie klamka zapada. Etap weryfikacji kończy się, a zaczyna etap realizacji wyrobu poligraficznego. Pliki wraz ze zleceniem trafiają na stanowisko impozycji, a stamtąd już z górki na halę maszyn. Praktycznie jednak, impozycja to dla wielu ostatnia szansa na wykrycie niezgodności w przesłanym pliku i bezkosztową jego podmianę.

Nie czyń drugiemu...

Wyparcie montażu analogowego (klisze) przez montaż elektroniczny (pliki) zdecydowanie usprawniło proces przygotowania form drukarskich, tym nie mniej między bajki można włożyć wieszczenie o całkowitym zautomatyzowaniu tego procesu.

W przypadku firm drukujących jedynie nalepki na pudełka od zapałek jest to być może realne, gdyż tego typu „wydawnictwa” mają wszystko znormalizowane: format, objętość, treść i target. Jednak w zakładach poligraficznych takich jak nasz, gdzie oferuje się druk wszystkiego na wszystkim, montaż elektroniczny nie sprowadza się jedynie do podstawienia plików pod gotowe schematy impozycyjne, choć często tak „stoi” w materiałach reklamujących programy do montażu elektronicznego.

Dziś wszystko jest na wczoraj, książkę składa się w trzy dni, a drukuje i oprawia w pięć. Po tygodniu trafia do czytelnika, a po miesiącu do kosza lub na makulaturę.

Tak więc wszelkie insynuacje, iż decyzja poświęcenia impozycji jednego, a może nawet kilku osobnych odcinków jest wynikiem chochlikowego zauroczenia pracującymi tam niewiastami, świadczą o kompletnej nieznajomości natury chochlików drukarskich.

Otóż chochliki pojawiają się wszędzie tam, gdzie jeden człowiek lekceważąc tzw. złotą zasadę* próbuje przerzucić na drugiego człowieka konsekwencje swojego własnego nieuporządkowania. Na montażu sytuacje takie wychodzą, jak na dłoni. Kilka przykładów pokaże nam problem.

Na odczepne

Termin deadline** to znak i gehenna naszych czasów. Z łezką w oku czytam sygnaturki książek z lat słusznie minionych: Oddano do składania w grudniu 1966, podpisano do druku w marcu 1967, druk ukończono w lipcu 1968. Dziś wszystko jest na wczoraj, książkę składa się w trzy dni, a drukuje i oprawia w pięć. Po tygodniu trafia do czytelnika, a po miesiącu do kosza lub na makulaturę (bo materia się rozleciała lub treść zdezaktualizowała).

Bywa, że Klient chcąc formalnie wywiązać się z ustalonych harmonogramem terminów, przekazuje do druku publikację, która nie przeszła wszystkich etapów korekt, rewizji i superrewizji. A to prezes jest nieuchwytny, a to korektorka zapadła wraz z cała rodziną na grypę żołądkową, a to po ciężkiej niedzieli redaktor zażądał urlopu na żądanie, a na drzwiach swego kantorka kazał wywiesić informację: zamkniente spowodu, że nieczynne***. Z drugiej strony drukarnia naciska: jeśli pliki nie dojdą w ciągu godziny, wylatujecie na koniec kolejki.

ostatnia deska ratunku

Posyłając trefne pdf-y na odczepkę liczymy więc, iż uda się drukarnię w ten sposób przechytrzyć, a pliki podmienić w tzw. międzyczasie. Jeżeli z umowy nie wynika jasno, iż przez termin oddania do druku rozumie się termin dostarczenia ostatecznej wersji publikacji, która nie podlega już zmianom, cała dodatkowa robota zostaje sprytnie scedowana właśnie na impozycję. Powstałe poślizgi czasowe trzeba nadrabiać dociskaniem pedału gazu w maszynach drukarskich. Bywa, że na sam koniec pozostaje jedynie wsteczny bieg, bo nakład zamiast półki księgarskie, zasilił silosy zakładu przerobu surowców wtórnych.

Room proof czyli wirtualny ozalid

Jako klienci porządnej drukarni możemy natomiast żądać od impozycji przesłania do weryfikacji pliku elektronicznego, lub wykonania wydruku impozycyjnego w skali 1:1. Weryfikacja ta obejmuje dwa obszary: poprawność impozycji i poprawność tzw. RIP-owania, czyli przetworzenia pliku impozycyjnego przez system CTP na język naświetlarki. I tu chochliki mają znowu pole do popisu.

O ile stosowany dawniej w tych celach ozalid wiernie oddawał wynik montażu, gdyż powstawał z naświetlonych już klisz, o tyle stosowany w CTP system plików podglądowych czy też wydruków impozycyjnych nie obrazuje w sposób dosłowny efektu końcowego rastrowania do postaci tzw. Tiffa-B używanego przez naświetlarkę.

Czy chochlikom zabraknie okazji do psocenia – zobaczymy. Póki co, możemy jeszcze liczyć na ludzi, bo pozostają ciągle ostatnią deską ratunku...

Bywa nawet, że niektóre drukarnie używają jednego RIP-a do rastrowania wydruków impozycyjnych, a innego do naświetlania. W efekcie możliwe jest powstanie na tym etapie niezgodności trudnej do uchwycenia nawet dla Klienta, gdyż de facto otrzymuje on do zatwierdzenia inny plik niż ten, który powstaje po naświetleniu. Zminimalizowaniem tego niebezpieczeństwa jest zastosowanie oprogramowania typu room proof.

Nie wdając się w szczegóły, które zresztą grafika nie muszą specjalnie interesować, podpowiadamy: Klient namolny acz znający się na rzeczy ma prawo zapytać drukarnię czy takowe oprogramowanie posiada. Odpowiedź negatywna zwalnia go od odpowiedzialności za przepuszczenie błędu na tym etapie.

Jeden człowiek i jeden pies

Z room proofem czy bez, miejmy jednak świadomość, że wydruki impozycyjne nie służą do nadrabiania zaległości w korektach redakcyjnych. Dobrym zwyczajem natomiast jest tworzenie z nich makiety publikacji, która ułatwia Klientowi sprawdzenie montażu, a dołączona do obiegu wewnętrznego drukarni, wspomaga zarówno pracę drukarzy jak i introligatorni. W nowoczesnych systemach, rolę tę pełnią animacje 3D, gdzie wszystko jest wyłożone łopatologicznie i do tego jeszcze się rusza. Jednym słowem full wypas...

Podobno w drukarni przyszłości będzie zatrudniony tylko jeden człowiek i jeden pies. Pies będzie pilnował drukarni, a człowiek... karmił psa. Resztę zrobią automaty. Czy chochlikom zabraknie okazji do psocenia – zobaczymy. Póki co, możemy jeszcze liczyć na ludzi, bo pozostają ciągle ostatnią deską ratunku...

Z chochlikowym pozdrowieniem
Andrzej Gołąb


Dodatkowe informacje:
*) Złota zasada – „nie czyń drugiemu co tobie nie miłe”.
**) Deadline – termin oznaczający cezurę bądź granicę czasową, przed jaką dana czynność ma zostać wykonana (Wikipedia).
***) Sentencja przeczytana na fejsowym profilu „Born in the PRL”

 

Od redakcji
Materiał pierwotnie opublikowany na stronie chochlikdrukarski.com.pl, udostępniony Graffusowi dzięki uprzejmości autora.

Andrzej Gołąb

Andrzej Gołąb

20 lat w poligrafii, w obszarze
prepressu i zarządzania.
Od 16 lat zatrudniony w Centrum Usług Drukarskich Henryk Miler (CUD) – www.cuddruk.pl.
Stanowisko: Pełnomocnik ds. Systemów Zarządzania Jakością.

Prowadzi projekt pn „Chochlik drukarski - pogotowie poligraficzne". Bezinteresowna inicjatywa edukacyjna, której głównym celem jest dzielenie się przez internet wiedzą i doświadczeniem z zakresu szeroko pojętej poligrafii, typografii, grafiki,  designu i edytorstwa. "Chochlik drukarski" jest ideą opartą na prostej mądrości mówiącej, iż dzielenie się tym, co się posiada skutkuje jeszcze obfitszym otrzymywaniem.

Strona internetowa:
www.chochlikdrukarski.com.pl

Współpraca

Piszesz? Fotografujesz? Malujesz? Rysujesz?
Może projektujesz to i owo?

Daj się zauważyć!

Wystawa, wykład? Happening, konkurs?
Targi branżowe lub konferencja?

Dzieje się i nikt o tym nie wie?
Napisz do nas.