Problemy z fontami

Jak długo sięgam pamięcią w moją poligraficzną przeszłość, z fontami zawsze był problem. Nie miały tzw. polskich liter, czyli znaków diakrytycznych, niektóre fragmenty tekstu skutecznie zawieszały naświetlarkę, wszystko się „wykrzaczało” i tekst przypominał alfabet Morse’a dla płetwonurków.

problemy z fontami

Mimo pojawienia się uniwersalnego formatu Open Type, błąd kroju jest nadal jednym z częstszych powodów odrzucenia pracy, już na etapie preflightingu.
Dzisiaj przyjrzymy się niektórym sposobom radzenia sobie z problemem niesfornych fontów, które jakże często błędnie nazywamy czcionkami. Najpierw jednak jak zwykle, dygresja natury ogólniejszej.

A może to bociany?

W kwietniu ubiegłego roku Tomasz Wełna z ASP w Krakowie obronił pracę doktorską z dziedziny typografii. Stworzył nowy polski krój pisma pod piękną nazwą Apolonia (czyżby na cześć Poli Negri vel Apolonii Chałupiec?). Podobno jest to pierwsza polska czcionka od stuleci, a praca nad nią trwała przez wiele lat.

Abstrahując od faktu, iż część typografów kwestionuje nowatorskość dzieła pana Wełny, dla naszych rozważań znaczenie ma świadomość, iż każdy krój pisma (zwany w wersji komputerowej fontem) ma swojego twórcę, a więc podlega prawu autorskiemu. W konsekwencji, aby go używać - szczególnie w celach komercyjnych - trzeba go kupić lub w inny sposób nabyć do niego prawa. Wolna amerykanka, jaka panuje w tej dziedzinie wśród polskich grafików i dtp-owców, jest nieporównywalna nawet z plagą powszechnego piracenia muzyki, filmów i programów komputerowych. Wielu myśli, że kroje pisma po prostu są i każdy je ma, jak pępek w brzuchu.

Stąd rada, którą kieruję do studiów graficznych jak i do działów prepressu w drukarniach.

Zaopatrzcie się w szeroki zestaw licencjonowanych fontów i zadbajcie, aby każdy krój pisma posiadał swoją wersję: Type1, True Type i Open Type.

Oczywiście liczba krojów jakie są w obiegu wyklucza możliwość i sens kupowania ich wszystkich, tym niemniej licencję na kroje, których się używa trzeba mieć.

Kroje do paki

Kłopoty z krojami zaczynają się po przekazaniu pracy do drukarni. Nawet jeśli drukarnia posiada krój jakiego użyliśmy, istnieje niebezpieczeństwo, iż pochodząc od innego producenta, mimo tej samej nazwy, będzie różnić się w niuansach. W takim przypadku, w trakcie naświetlania może nastąpić niekontrolowany przeskład tekstu, mimo iż na żadnym etapie nie został stwierdzony błąd.

Wyjściem z sytuacji, dającym najlepsze efekty jakościowe, jest osadzenie krojów w pdfie wynikowym. Możliwość taką posiadają chyba wszystkie liczące się programy DTP.

Problem niestety w tym, iż niektórzy producenci fontów blokują tę opcję, wychodząc z założenia, iż jest to naruszenie warunków licencji.
Pamiętajmy przy tym o jednym. Tekst prawidłowo widziany na ekranie, nie gwarantuje wcale, iż dany font w dokumencie się znajduje. Do wyświetlania używany jest bowiem, powstały w procesie rasteryzacji, font ekranowy, który nie ma zastosowania do celów produkcyjnych.

Nie należy także mylić osadzenia krojów z dołączeniem ich do pracy. Bywa bowiem, że klienci z promiennym uśmiechem na ustach i komentarzem „Zróbcie sobie jak tam chcecie” przekazują pracę w pliku otwartym, na wszelki wypadek dołączając do niego plik z fontem. Praktyka taka, po pierwsze jest niezgodna z powszechnym wymogiem dostarczania do druku wyłącznie plików zamkniętych (wynikowych), po drugie jest próbą bezkosztowego przeniesienia odpowiedzialności za projekt na drukarnię, po trzecie może stać w sprzeczności z prawami autorskimi. Bez posiadania licencji na daną czcionkę nie mamy bowiem prawa jej instalacji na swoim komputerze.

Tiry na tory, fonty na krzywe

Mankamentów opisanych wyżej nie posiada metoda polegająca na zamianie tekstów na krzywe (ze względu na dobre, chochlikowe wychowanie, nie podam potocznej nazwy tej czynności). Zamiany na krzywe można dokonać w samej pracy (zachowując oczywiście wersję nieskrzywioną), bądź „zaptaszkować” tę opcję w trakcie eksportu pracy do pdf-a.
Tak czy siak, finalnie tekst przestaje być tekstem, a zamienia się w tysiące krzywych i węzłów, czyli de facto staje się grafiką wektorową. Problem niezgodności lub braku krojów znika.

Podobnie jak to jest z ideą przeniesienia tirów na tory, tak i zamiana fontów na krzywe, mimo swojej skuteczności, niesie także za sobą nieoczekiwane skutki uboczne. Wprawne oczy typografów dostrzegą z pewnością, iż znaki tekstu szczególnie w niskiej punktacji tracą wskutek tej operacji na ostrości kształtu. Utrudnione jest także dokonanie, w tak zwanej ostatniej chwili, korekty tekstu, a sama struktura pliku wynikowego ulega niepomiernemu skomplikowaniu i „spuchnięciu”. Starsze RIP-y mogą się tu czasem nie wyrabiać.
Rozwiązaniem kompromisowym jest zastosowanie metody mieszanej.

Pozostawiamy w spokoju kroje, co do których jesteśmy pewni że doładują się do pdf-a, a zamieniamy na krzywe, tylko te dziwne i podejrzane.

Tak więc tiry swoją drogą, a kolej swoją...

Wszystko jest bitmapą

Istnieje grupa grafików, dla których świat składa się wyłącznie z kropek. Jeśli coś nie jest kropką, należy kropką go uczynić. Stąd też pliki do druku przygotowują wyłącznie w postaci tiff-ów lub jpg-ów. Dla nich osadzanie tego co wolne i krzywienie tego co proste, to robota głupiego.

W jakimś sensie jestem tu w stanie zrozumieć fanów Photoshopa, którym po zakupie tego programu wyczerpał się budżet na inwestycje, choć przecież i z „szopa” da się wyeksportować pdf-a z krojami zamienionymi na krzywe. Nie pojmuję jednak zupełnie osób, które tworząc mozolnie pracę w programie wektorowym typu Corel Draw, do druku przekazują bitmapę. Oczywiście, w bitmapie problem krojów znika, ale znika też szansa na dobrą jakość tekstu. Coś za coś. Nie pomoże podbicie rozdzielczości do niebotycznych rozmiarów i scedowanie na drukarnię konieczności ściągania sobie tego Guliwera ze wskazanego serwera ftp. Obrysy liter będą zawsze przypominać ostrze piły do cięcia metalu.
Cóż jednak zrobić, Klient nasz Pan, nawet w kropki lub w ząbki...

Z chochlikowym pozdrowieniem
Andrzej Gołąb

 

Od redakcji
Materiał pierwotnie opublikowany na stronie chochlikdrukarski.com.pl, udostępniony Graffusowi dzięki uprzejmości autora.

Andrzej Gołąb

Andrzej Gołąb

20 lat w poligrafii, w obszarze
prepressu i zarządzania.
Od 16 lat zatrudniony w Centrum Usług Drukarskich Henryk Miler (CUD) – www.cuddruk.pl.
Stanowisko: Pełnomocnik ds. Systemów Zarządzania Jakością.

Prowadzi projekt pn „Chochlik drukarski - pogotowie poligraficzne". Bezinteresowna inicjatywa edukacyjna, której głównym celem jest dzielenie się przez internet wiedzą i doświadczeniem z zakresu szeroko pojętej poligrafii, typografii, grafiki,  designu i edytorstwa. "Chochlik drukarski" jest ideą opartą na prostej mądrości mówiącej, iż dzielenie się tym, co się posiada skutkuje jeszcze obfitszym otrzymywaniem.

Strona internetowa:
www.chochlikdrukarski.com.pl

Współpraca

Piszesz? Fotografujesz? Malujesz? Rysujesz?
Może projektujesz to i owo?

Daj się zauważyć!

Wystawa, wykład? Happening, konkurs?
Targi branżowe lub konferencja?

Dzieje się i nikt o tym nie wie?
Napisz do nas.